Początek wakacji, dostaję telefon z nieznanego numeru. Myślę sobie, że kolejny Orange albo inny Play chce mi wcisnąć kolejną supert ofertę. I się myliłem.

„Cześć Tomku, twoja wychowawczyni z tej strony, dobrze ci idzie w nauce, jesteś taki fajny i w ogóle, weźmiesz udział w projekcie i pojedziesz daleko, bylebym nie musiała cię oglądać.”

Przez chwilę rozważałem odrzucenie tej propozycji, ale szare komórki zadziałały w porę, dlatego też w połowie wakacji rozpocząłem jakieś tam powolne przygotowania. Na czym polega projekt? To coś w rodzaju wymiany międzynarodowej, z tym że wyjazdy są krótkie i nie do prywatnych mieszkań. Rumunia i Węgry. Wiecie dlaczego tak się cieszę? Bo za darmo! Oprócz bułek, bo to już sam będę musiał się wysilić. Co prawda nie jestem do końca zadowolony z faktu, że wybrane zostały właśnie te kraje, a nie np. Hiszpania i Portugalia, no ale cóż – ponarzekać chwilę trzeba, w końcu to nasz narodowy sport.

To po pierwsze i najgłupsze. Po drugie, ani tutaj ani tutaj jeszcze nie byłem, więc będzie kolejny życiowy achievement. Po trzecie, takie podróże to idealna sytuacja do pisania czegoś nowego na blogu, spodziewajcie się więc zatem w listopadzie tekstu o tym, że stereotypy ogólnie są kretyńskie, a te o mieszkańcach Rumunii nieprawdziwe, zaś w kwietniu o tym, że.. że jestem na Węgrzech. Jak tylko zdobędę hasło do wifi, to wpisy będą pojawiać się na bieżąco. Jeśli nie, będzie kilka dni opóźnienia.

Strasznie cieszę się też z innego, prostego powodu, o którym zresztą pisałem już wielokrotnie. Kocham podróżować. Ten ułamek pracy, którą musimy wykonać, jest niczym w porównaniu z tym, co może dostać moja dusza żądna nowych wrażeń. Odmiana, odskocznia od zwykłego, szarego życia – to jest najważniejsze. No i będę się mógł potem pochwalić, że jednak umiem powiedzieć coś więcej ponad „Don’t steal my wallet, son of a bi*ch!”.

No i cóż. Po weekendzie pora na odrobinę gościnności względem zagranicznych gości, więc nie wiem, jak to będzie z wpisami, bo harmonogram mamy napięty jak strój na tyłku Miley Cyrus. Jeśli będę w stanie coś naskrobać w warunkach polowych, to naskrobię. Jeśli nie, to na pewno co nieco o tym wszystkim napiszę podczas kolejnego weekendu. Wyszło nieco osobiście, ale to dobrze. To znaczy, że zaczynam Wam ufać. Albo przynajmniej udaję :)

Stało się. Wakacje dobiegły końca. Zaraz zacznie się jesień, nauka i patrzenie na liście spadające za oknem. Czas będzie płynął dalej, bez zważania na to, czy komuś wiedzie się dobrze, czy źle. Jeśli dobrze, to ma szansę poprawić to na lepsze. Jeśli źle, to niedługo będzie lepiej.

Nie lubię się jednak użalać z tego powodu. Zresztą po lecie zawsze mam dobre wspomnienia, czy to z wyjazdów, czy z tego, co sobie sam wymyślę. Te wspomnienia dają siłę przez czas oczekiwania na kolejne wakacje, oraz nadzieję, że będą one jeszcze lepsze. I to się zawsze sprawdza. Bo jeśli ktoś czegoś chce i dąży do tego, to zazwyczaj się udaje. Jak nie za pierwszym, to za drugim razem.

W moim przypadku wakacje zawsze są czasem, gdy najsilniej pracuję nad sobą. Tym razem też postanowiłem wiele rzeczy, m.in. dotyczących bloga. Mogę zdradzić jedynie tyle, że po nowym roku będę otwierał drugiego bloga, technologicznego, z poradnikami, gadżetami i innymi tego typu pierdołami. Znaczy tak planuję. Ale oprócz tego postanowiłem także wiele innych rzeczy, o których na razie mówić nie będę. Powiem tylko, że cały ten rok szkolny będzie dla mnie rokiem bardzo urozmaiconym, a o części tego urozmaicenia napiszę już za kilka dni. Bo jak każdy dzień nie wygląda tak samo, to człowiek ma też o wiele większą ochotę na naukę. I chcę to na sobie wypróbować, czy rzeczywiście da mi to jakąś poprawę, bo czasami leń ze mnie nieziemski.

A wszystkim, którzy zaraz zaczną, albo już narzekają, że szkoła, mówię krótko – byle do wakacji.

Nadszedł czas podsumowania kilku ostatnich dni i projektu, które te dni wypełniał od początku do końca. Było niesamowicie, wręcz wspaniale, odmiennie od tego, z czym do tej pory w życiu się spotykałem. Wspomnienia pozostaną na długi, długi czas, ale to nie wszystko, bo jeśli czytaliście wpis o tym, że będę jechał, to wiecie, że to dopiero jedna trzecia i czekają mnie jeszcze dwa wyjazdy, w których będziemy mogli jeszcze bardziej zakumplować się z naprawdę świetnymi ludźmi.

Do rzeczy. Opisywać wszystkiego nie będę, może kiedy indziej przyjdzie na to czas. Chciałbym się jednak odnieść do samej idei tego całego projektu, bo w ciągu 3 dni zrobiliśmy naprawdę mase rzeczy. Zwiedziliśmy najciekawsze miejsca w Kielcach, spotkaliśmy się nawet z politykami, którzy w laniu wody nie mają sobie równych, a także jedliśmy i jedliśmy. Gdzie byśmy nie byli, tam poczęstunek, a wszystko finansowane przez Unię Europejską. Nudniejsze były tylko momenty z prezentowaniem tych wszystkich informacji o prawach człowieka, demokracji etc. etc., ale w końcu to główny cel tego wszystkiego, więc nie dało się tego uniknąć. Mimo wszystko – I wanna it again!

Jakość zdjęć jest niestety fatalna, bo pierwszego dnia wysiadł mi aparat, a telefonem przy słabym oświetleniu wiele nie zrobię. Jeślibym dostał te robione profesjonalnie, może zrobiłbym z tego jakąś małą relacje, ale jeśli nie, to za dwa miesiące będzie do tego kolejna okazja.

Ludzie. Ludzie są tym, co przez 3 dni nadawało sens życiu. Cieszę się, że już dawno temu przestałem wierzyć stereotypom, bo są fałszywe i krzywdzące, i to samo polecam wszystkim, którzy jeszcze tego nie zrobili. Tyle się mówi o urodzie Rumunek, jaka to paskudna i w ogóle bu, a tymczasem dwie najładniejsze dziewczyny z zagranicy były właśnie z Rumunii. Polskich nie liczę, one stoją na pierwszym miejscu od początku :)

No i cóż, na blogu była lekka przerwa, ale za to mam kilka ciekawych tematów na następne dni. Na koniec mogę Wam poradzić, żebyście tego typu projektów chwytali się jak tonący golarki elektrycznej, bo nie jest to coś, co każdy w życiu zobaczy. Trzeba trochę zaangażowania, trochę poświęcenia, ale efekty są naprawdę niesamowite, zapadające w pamięć, a przede wszystkim odmienne od zwykłego, szarego życia. Szia!